Zimowa opowieść 2019 | Opowiadanie

 

Zima otworzyła oczy i jęknęła: Czy to już mój czas? Czas mojego władania nad drobiną zawieszoną w kosmosie? Co roku o tej samej porze budziła się rześka i gotowa do objęcia w dłonie i osnucia Ziemi swym oddechem. Dziś przewróciła się na drugą stronę, podłożyła ręce pod porcelanową twarz i zmrużyła oczy. Wiedziała, co wydarzy się między dzisiejszym a jutrzejszym wschodem słońca – lament i morze łez jej siostry Jesieni, która co roku twierdzi, że ma za mało czasu na rozwieszenie wszystkich swoich bogactw. Nosi się z nimi jak choinka – prychnęła Zima – snuje się, zwleka z odejściem a wraz z nią cały świat zwierząt i owadów, które dawno powinny kłaść się już do snu. To trzęsie się nad cebulkami kwiatów, to drży nad każdym liściem, który i tak żywot swój zakończy, spadając na ziemię. A szloch największy podnosi, gdy guzdrze się zbytnio i oddech mój na szyi poczuje… O! Wtedy to – i że suknię jej depczę, i że muszki w locie zamrażam, i drzewa nagie za barwnym listowiem zatęsknić nie mogą, bo je swoją kołdrą przykrywam. A najbardziej chyba, że słońce lodowym filtrem zasnuwam, jakby nie wiedziała, że wszystko na świecie po czasie rodzenia, potrzebuje odpoczynku.  

A do tego psuje zupełnie kolejność zabaw – przez te jej strumienie łez, dzieci nie mają szansy ucieszyć się pierwszym, sypkim puchem, ponieważ zamiast tego od razu wskakują na ślizgawki.  

Przykryła się śnieżną pierzyną i westchnęła. – A jeszcze mówi mi Jesień, że co ze mnie za siostra, że serca nie mam, bo jak się pojawiam, natychmiast przykrywam cały jej koloryt. A ja serce mam – wielkie, niezgłębione i pokażę jak ją kocham! Pokażę tak, że zapamięta! – Wypowiedziała ostatnie zdania lodowym szeptem i z błyskiem w oku.  –  Jakaś zmęczona jestem w tym roku – przeciągnęła się – może dlatego, że w kwietniu jeszcze w niektórych zakątkach wojny toczyłam z Wiosną, która budzik za wcześnie nastawiła. 

Obróciła się na szerokim łożu z wezgłowiami z sopli, wyciągnęła dłonie i zanurzyła je w siną brodę ukochanego Mroza. Popatrzył na nią spod zmrużonych powiek i przyciągnął do siebie. Odległą część ziemi zasypało.

 

 

***

 

 

Mikołaj siąkał nosem. A nos miał olbrzymi. Na domiar pioruńsko go swędział. Im bardziej kichał, wycierał nos spraną lnianą chustką, tym większe pieczenie odczuwał. Kichnął ponownie z całej siły, aż powietrze zawirowało milionem drobinek kurzu. Westchnął, ręce mu opadły. Wyjrzał przez okienko izby i od razu odwrócił wzrok, bo i patrzeć nie było na co – błoto, słota, chłód i mrok. Ot, czasy, że się w zimie Zimy doczekać nie można. Już 23 grudnia, cały rok pracował na ten moment, by jutro wstać w pełni sił i zajrzeć do każdego zakątka świata, w którym dzieci czekają na prezenty. Jakże on to w tym roku ogarnie? Tak bez śniegu? A, jakoś to będzie – pomyślał – przecież nie jestem zielony w planowaniu i organizacji pracy.To, co ludziom wydaje się jednym dniem w roku, zajmuje jego pozostałą część. Przecież nie czaruję tych wszystkich prezentów, o nie, tak łatwo nie jest nawet w niebie na chmurce. To misternie zaplanowana i przeprowadzona operacja wzbudzania radości w umysłach i sercach dzieci. Pracują na nią nie tylko setka elfów, renifery, to przecież tylko zewnętrzna powłoka, współczesny marketing. – Zaśmiał się na wspomnienie zimy Anno Domini 1617, kiedy i anioły zagonił do roboty, bo elfy się pochorowały. Cóż to był za widok na niebie – zastępy skrzydlatych przyjaciół uwijały się solidnie by zdążyć na czas z podarkami. Trudność tylko wyszła na jaw, że taki anioł czasu nie liczy, zatem nie przykłada większej wagi to terminu realizacji zamówienia, podczas gdy w ludzkim świecie czas pędzi i przyspiesza coraz intensywniej z wieku na wiek. – Napiję się ciepłej herbaty – pomyślał Mikołaj i próbował się unieść, podtrzymując oparcia, jednak okazał się być zbyt słaby i opadł ponownie w przepastny fotel. Ten pufnął przeciągle i zaskrzypiał. – Cóż, trzeba zagwizdać i pomoc wezwać. Nie te latka, braciszku – westchnął z czułością do własnej słabości. A wszystko przez to, że Panna Zima znów zaspała, a może nawet nie ma zamiaru się w tym roku obudzić? Przyszłaby, przemroziła wszystkie żyjątka, również te, które grają w kulki w jego nosie i życie Mikołaja powróciłoby na zwyczajne tory. A tu nie dość, że kicha i prycha, to jeszcze płozy w saniach na koła trzeba zamienić. A co z wyważaniem, do pioruna? – o tym zupełnie nie pomyślał i nie miał na to czasu. 

Sięgnął po ostatni list, który cierpliwie czekał na biurku ubrany w szarą kopertę z błękitnym paskiem. Finlandia – pomyślał Mikołaj i wyciągnął blady kawałek papieru zapełniony kanciastym pismem. Przeczytał, unosząc krzaczaste brwi wyżej i wyżej… i już sięgał po słuchawkę starego przewodowego telefonu, gdy do izby wpadła rozpędzona kula kłócących się elfów.

A, właśnie Was chciałem wezwać. Zostało nam ostatnie zlecenie i tylko Wy możecie je zrealizować. Pod warunkiem jednak, że zamienicie kłótnie na pomysły jak się pędem dostać do Polski. – starał się użyć swego najgłębszego tembru, ale że podsumował przemowę siarczystym kichnięciem, elfy chichotały, trzymając się za brzuszki.

Już wiemy, wiemy wszystko, prześwietliliśmy list pod lampą, zanim jeszcze wstałeś. Mamy już ostatni skarb – mówiły jeden przez drugiego, podrzucając między sobą brzęczące zawiniątko, aż trafiło ono w końcu do rąk Mikołaja. Gdy rozwinął kilka warstw szeleszczącego papieru, jego oczom ukazało się małe metalowe pudełko z wymalowanym słońcem po jednej, a księżycem po drugiej stronie. Otworzył je i uśmiechnął się.

– No, to o zmianę kół nie muszę prosić? – zapytał, łaskocząc jednego z elfów pod brodą, a te znów zachichotały wszystkie tak, jakby współdzieliły odczucia brata.   

 

 

 

***

 

 

Pięciozłotówka brzęczała na dnie blaszanej puszki, która podskakiwała jak żywa na każdym wyboju. Mikołaj zatrzymał pojazd tuż pod lasem. Potarł oczy zgrubiałymi palcami, sięgnął po metalowe opakowanie i zadzwonił nim tuż przy uchu, ciesząc się na dźwięk ostatniego gwiazdkowego prezentu Anno Domini 2019. Gdy parsknął śmiechem, wybuchł kłąb pary, która w zetknięciu z mroźnym powietrzem zamieniła się w tańczące kryształy lodu. Zdaje się, że zagrała w nim radość małego chłopca, który nie wiedzieć czemu, zażyczył sobie w prezencie gwiazdkowym monetę z dalekiego kraju. Mikołaj widział oczami wyobraźni małą złotą główkę pochyloną nad opasłym klaserem numizmatycznym, odziedziczonym po zmarłym dziadku i żywe palce, które w nieskończoność badają wagę i strukturę zgromadzonych skarbów. Dlaczego chłopak umieścił właśnie ten nominał w liście do Mikołaja, tego ten nie wiedział. Jednak wyrażone z naciskiem życzenie, zaciekawiło go tak bardzo, iż pomocnicy wyszukali przedmiot dziecięcych marzeń daleko poza granicami państwa, w którym mieszkał jego ostatni zleceniodawca. Ludzie myślą, że najcenniejsze jest to, czego jeszcze nie mają.


Roześmiał się tubalnie, aż powietrze zadrżało. Schował puszkę za pazuchę, zawinął poły płaszcza tak szczelnie, by nie wypadła podczas jazdy. Naciągnął grube skórzane rękawice i jeszcze na chwilę zapatrzył się w zimową toń. Mroźny powiew wiatru od wschodu owiał drzewa nową warstwą śniegu. Ten zwisał mieniącymi się płaszczami z przygniecionych gałęzi i wsypywał się mroźnym puchem w pierzaste zaspy. Przed saniami rozścielił się skrzący się idealną bielą dywan; żadnych śladów – ludzkich, ni zwierzęcych. Las otwierał przed nim szeroko swoje podwoje. Mikołaj zmrużył oczy, ciesząc się zimą i myśląc o bezcennym uśmiechu chłopca, wyruszył w ostatnią tego roku przygodę.

 

 

 

***

 

 

Za lasem przestrzeń malowała mu się przed oczami jak lśniącoperłowa kołdra, która odcina ziemię od mroku nocy. Aż żal tu wjeżdżać saniami, oaza ciszy i spokoju – pomyślał Mikołaj. W oddali zamajaczył mu dach niewielkiego, drewnianego domostwa – chałupa, mała stajnia, warsztat. Popędził renifery, ponieważ pragnął wypełnić misję zanim zacznie świtać. Zajechał przed dom, którego drzwi były niemal do połowy zasypane śniegiem. Dostrzegł nikłe światło w jednym oknie, nie słyszał żadnych odgłosów. Zaczął przedzierać się przez zaspy, zostawiając w zamarźniętym śniegu szeroką ścieżkę. Tu to żeś Panno zasobnie posypała – pomyślał o Zimie, otrzepując rękawice i rękawy płaszcza z sopli i śniegu.

Zabębnił do drzwi raz i drugi. Odpowiedziała mu cisza. Po dwu kolejnych, dobiegło go ledwie słyszalne szuranie kapci po drewnianej podłodze. Drzwi uchyliły się i w bladym świetle świecy Mikołaj dostrzegł zarys kruchej, dziecięcej sylwetki.

Witaj – powiedział kucając, by przyjrzeć się gospodarzowi z bliska. Uśmiechnął się oczami, bo dzieci od razu w nie patrzą i czytają z nich prawdę o człowieku jak z otwartej księgi. Ileż to pracy musiał włożyć przez pierwszych kilkadziesiąt lat swojej pracy, by nauczyć się tak właśnie uśmiechać. Dziś postarał się z całych sił, by oczami objąć mizerną posturę chłopca, wszystkie myśli i marzenia jakie drzemały jeszcze pod złotą, bujną czupryną. Objąć i przytulić, bo Mikołaj miał przeczucie, że tego malec najbardziej teraz potrzebuje. Ich oczy spotkały się na dłuższą chwilę. Mikołaj przetrzymał zlęknione, badawcze spojrzenie chłopca i już miał coś powiedzieć, gdy ten otworzył na oścież ramiona i objął nieznanego olbrzyma.

– Wiesz kim jestem? – zapytał. Malec skinął główką i zaczął łkać, wpierw cicho pochlipując, po chwili już solidnie mocząc mikołajowy kubrak i brodę słonymi jak morze tęsknoty łzami. Usunęli się z przeciągu i zamknąwszy drzwi wejściowe, zasiedli w ojcowskim, zapewne, fotelu – sinobrody przybysz i złotowłosy chłopiec.

– No, to teraz mi może opowiesz jak się masz, bo wiesz, Mikołaj nie tylko zostawia prezenty, ale też umie słuchać. – mówił łagodnie, by nie spłoszyć chłopca, a dodać mu otuchy. – Jak się nazywasz?

– Hans – padło szeptem.

– Hans powiadasz… pięknie… A gdzie są twoi rodzice Hansie Dzielny? – spytał Mikołaj jakby mimochodem, dodając mu bohaterski przydomek.

– Grecia dostała gorączki, mamusia ją trzymała przy sobie, by nie płakała, a tatuś kierował Snorkiem, by jak najszybciej do lekarza dotrzeć i do mnie wrócić przed świętami. Ale… – urwał nagle.

– A Grecia to twoja… siostra, tak? – spytał Mikołaj i natychmiast odpowiedziało mu skinienie małej główki. – A ten… Snorek, to wasz koń?

– Nie, to nasz samochód – zaśmiał się po raz pierwszy chłopiec.

– No, to ty duży chłopiec jesteś, skoro ci rodzice gospodarstwo w opiekę dali. – ni to spytał, ni stwierdził Mikołaj.

– No, tak. – skinął Hans – ósma wiosna przede mną. Tylko… – znów nagle zakończył mówić.

– Co? Jak dawno pojechali?

– Dwa księżyce temu, o tu na stole nożykiem oznaczam, jak tato powiedział. Tylko…

– No, powiedz mały – zachęcił łagodnie Mikołaj i słuchał…

– Tylko śnieżyć zaczęło, gdy wyjeżdżali, ziemia czarna była, a teraz… jakby wiele dni i nocy minęło… – Mikołaj przytulił malca i pogłaskał po głowie. – Tato mówił, że mam zostać, bo w domu na wszystkim się znam – do pieca podłożyć umiem, wodę nastawić, jedzenie pokroić i zwierząt samych zostawić nie można – to najlepiej jak będę tu na ich powrót czekał. Wieczorem pojechali, noc minęła, dzień i noc druga, długo jeszcze do świtu… dzień drugi przyjdzie i przyjadą, prawda, że przyjadą? Tata tak powiedział. – Upewniał się malec, patrząc olbrzymowi w oczy.

– Przyjadą. Teraz drogi mniej przejezdne, może przeczekać będą musieli gdzieś u ludzi, ale przyjadą. Twój ojciec na pewno zna okolicę. – dodał Mikołaj, pragnął podtrzymać zaufanie chłopca do rodziców i nadzieję na ich powrót. – A wiesz, oni tam może gdzieś czekają, aż przestanie śnieżyć i myślą o tobie, że smacznie śpisz sobie we własnym łóżku. A może położysz się, a ja tu będę czuwał i na nich poczekam? Co ty na to? – spytał chłopca.

– Dobrze. – skinął Hans z większym przekonaniem. – Chodź, pokażę ci mój i Greci pokój. – zeskoczył z kolan Mikołaja, ujął go za wielką rękę i poprowadził przejściem na lewo od usytuowanego w centralnym miejscu pokoju pieca. Mikołaj szedł za chłopcem ciut pochylony, sklepienie domu nie należało do najwyższych.

– Tata mówi, że jak będę starszy, to dostanę własny pokój na strychu, wiesz? – zakomunikował raczej niż zapytał Hans, prostując dumnie pierś.

– No, to pewnie to nastąpi już niedługo, bo taki z ciebie duży i mądry chłopiec, że ho, ho. – Hans uśmiechnął się i rozłożył ramiona prezentując gościowi ciasny, przytulny pokoik z małym kwadratowym oknem, jakby wtopionym w drewnianą ścianę.

– No, no, jaki piękny pokój – pochwalił Mikołaj, ogarniając spojrzeniem przestrzeń wyraźnie podzieloną na chłopięcą i dziecięcą niewysokim stołem pośrodku. Przez dłuższą chwilę  zatrzymał wzrok na kilku potężnych klaserach starannie poukładanych na blacie. Chłopiec podszedł, przeciągnął po nich palcami, sadowiąc kilka monet głębiej w kieszeniach rozłożonego albumu.

– O, tu właśnie jednej brakuje… Mój dziadek pochodził z Polski i napisał nawet jaka moneta powinna tu mieszkać, wiesz, o tym ci pisałem… pamiętasz? –  Hans podniósł główkę i wpatrzył się wyczekująco w Mikołaja.

– Tak, tak, oczywiście, że pamiętam – zaśmiał się gość i wytarmosił jasną czuprynę – poczekaj na pierwszą gwiazdkę, aż zaświeci i wtedy… – zawiesił tubalny głos – i wtedy zacznij szukać pod choinką. Zgoda? – broda falowała mu przy kolejnych salwach śmiechu. Oczy chłopca zrobiły się okrągłe jak pięciozłotówki i również zaczął się śmiać.

– No, a teraz pora na dobranoc. Czy poduszka gotowa?

– Gotowa! – chłopiec podjął roszadę.

– A kołdra gotowa? – zakomenderował Mikołaj.

– Gotowa! – Hans wyraźnie dobrze się bawił.

– Ho, ho, masz kontrolę bratku, wskakuj do łóżka, a ja przy tobie posiedzę, aż zaśniesz. Zgoda? – Hansowi świeczki zapaliły się w oczach. W domu był już dużym chłopcem i choć rodzice przytulali go na dobranoc, a od mamy dostawał nawet całusa w czoło, to od dawna zasypiał już sam. Pamiętał, jak dziadek Jan siadał przy jego łóżku, snuł opowieści w czułym, chrzęszczącym języku, którego ślad zaczął już zacierać się w pamięci chłopca. I głaskał go po głowie. Wyjazd bliskich tuż przed świętami, lęk o siostrę, czarne myśli kołaczące się w głowie w czasie długiej, wypełnionej zamiecią nocy i kłująca w serce samotność wezbrały w nim w tym momencie jak strumień. Przymknął oczy, by nie pokazać łez, skinął głową i wyszeptał pełne ulgi:

– Zgoda. – położył się do łóżka, ujął zgrubiałą dłoń Mikołaja i włożył sobie miedzy poduszkę a policzek. Gość słyszał jak oddech mu się wyrównuje, głowa staje się ciężka. Posiedział przy chłopcu dłuższą chwilę, myśląc o tym wszystkim co się tej nocy wydarzyło. Nie przez przypadek koperta małego Fina wylądowała jako ostatnia na mikołajowym biurku. Ostatnim listem bowiem co roku Mikołaj zajmował się osobiście. Nie wierzył w przypadki, zbyt wiele widział i rozumiał. Wzruszyła go ta chata zatopiona w śniegu jak wyjęta z dziewiętnastowiecznej baśni i dorosły ponad wiek chłopiec. Tak delikatnie, jak umiał wysunął rękę, a anielska twarz dziecka wtuliła się w miękką poduszkę.

– Będziesz kiedyś wspaniałym odkrywcą, jak twój dziadek – Jan. W końcu po nim nosisz to imię. – pomyślał Mikołaj wpatrując się w chłopca.

 

Nie spieszył się, wstał, rozejrzał się po chacie, która w końcu okazała się nie  aż tak staroświecka jak myślał. Na zewnątrz chaty znalazł generator prądu, który pewnie wyłączył się podczas śnieżycy i włączył go. Zajrzał do zagrody zwierząt, porozmawiał z nimi, jedne wygłaskał, inne wytarmosił za uszami. Upewniwszy się, że ani wody, ani jedzenia im nie brakuje, pochwalił w myślach małego gospodarza. Szepnął słowo swoim reniferom o zbliżającej się niebawem podróży powrotnej. Po drodze do chaty, wziął naręcze drewna, które było solidnie pocięte i poukładane pod jedną z jej zadaszonych ścian, wszedł do środka. Choinka, której nie zauważył wcześniej, mieniła się teraz światełkami barwnymi jak folie długich cukierków oraz wielokolorowymi bombkami, wśród których nie sposób było znaleźć dwóch identycznych. Raj dla dzieci – pomyślał z czułością, podkładając do pieca. Resztę drewna ułożył w stojącym przy nim koszu.

W sporej kuchni znalazł zwyczajne sprzęty – lodówkę, zmywarkę, kuchenkę z piekarnikiem, wokół którego piętrzyły się rozrzucone okruchy jakiegoś ciasta, czajnik, kawiarkę. Nastawił wodę. Schylił się i zdjął z jednego z wielu kołków zawieszonych na ścianie, między dolnymi i górnymi rzędami szafek, kubek z nadzwyczaj chybioną podobizną mikołaja. Zaśmiał się tłumionym głosem. Otworzył pierwszą pod ręką szufladę, znalazł łyżeczkę, a następnie wąską górną szafkę, gdzie, jak się domyślał, przechowywano kawy i herbaty. Wziął jedną puszkę, powąchał i wsypał łyżeczkę herbacianych liści do kubka. Za chwilę zapach aromatycznego naparu wypełnił kuchnię. Mikołaj spojrzał na zegar, który pokazywał wpół do trzeciej w nocy. Zasiadł w usadowionym przy małym oknie fotelu, dość wąskim, jak na jego posturę. Długo tu nie posiedzę. – pomyślał z rozbawieniem. – Niebawem wrócą, prawda? – spytał w myślach, kierując wzrok w niebo. – No, Szefie, chyba nie pozwolisz, by ten mały… – zawiesił głos – Pewnie, że nie pozwolisz… – upewnił sam siebie z ufnością – … w końcu mnie tu wysłałeś. – Mikołaj zamyślił się i upił łyk przestygłego już nieco napoju. Chciał choć na chwilę przymknąć oczy i odpocząć, ale nagle przypomniał sobie o prezencie, który tu przywiózł – bezcennej monecie, ukrytej w małej, blaszanej puszce, która coraz wyraźniej wbijała mu się w żebro. Wstał, udał się do kuchni, wygrzebał w jednej z szuflad kawałek białego papieru, w który zapakował podarek. Zdjął jedną z ozdób choinkowych, zawieszonych na czerwonej wstążce, obwiązał nią pakunek i położył pod choinką. Zadowolony zasiadł znów w fotelu, patrząc w niebo i nasłuchując. Po chwili zasnął.

Gdzieś o szóstej nad ranem, daleko jeszcze do świtu, obudziły go pierwsze odgłosy. Mikołaj  wyjrzał ukradkiem przez okno w salonie i zobaczył światła samochodu w odległości około mili od domostwa. Objął salon wzrokiem, zajrzał do sypialni chłopca i uśmiechnął się, słysząc jego miarowy oddech. Dołożył do pieca, wyszedł z chaty. Usadowił się wygodnie w saniach i cmoknął na renifery, które tylko czekały na sygnał by ruszyć. Sypki śnieg podniósł się spod płóz i zawirował, uniesiony przez świeży podmuch wiatru.

 

 

 

***

 

 

Stary zielony dodge podjechał pod warsztat, gdzie zwykł stawać. Ledwie zgasły bliźniacze oczy świateł, a kierowca gwałtownym ruchem otworzył drzwi. Obszedł auto i pomógł wysiąść pasażerom – żonie w długim płaszczu, z chustą częściowo zarzuconą na głowę, częściowo owiniętą wokół śpiącego przy piersi dziecka. Mężczyzna szedł pierwszy w zaspach śniegu, torując kobiecie z niemowlęciem ścieżkę do domu. Po dłuższej chwili zdołał odśnieżyć drzwi wejściowe i dostali się do środka.

– Hans – zawołał niezbyt głośno ojciec.

– Hans, gdzie jesteś synku? – wyszeptała matka, zdejmując z siebie nakrycie i tuląc dalej dziecko. – Hans – powtórzyli razem stojąc na progu sypialni chłopca. Ich zarumienione policzki zdradzały oznaki bycia na mrozie i poddenerwowania. Matka położyła śpiące nadal niemowlę w kołysce, siadła na podłodze obok łóżka syna i zaczęła gładzić go po głowie. Spojrzała na męża pełnymi łez oczami. Uśmiechnął się czule, pochylając głowę w prawo, jak miał w zwyczaju, gdy był wzruszony.

– Mikołaj – wyrwało się z ust sennemu wciąż chłopcu. – Otworzył oczy, po czym je zmrużył i raz jeszcze otworzył. – Mama, tata, Grecia – ogarnął wzrokiem troje domowników i wtulił się w mamine ramiona. Ojciec podszedł i objął czule oboje, nie tamując już łez. Napięcie ostatnich dwóch dób, pościg z czasem i w nim odcisnęły silnie swe piętno. Płakali cicho i czule wszyscy troje, to wpatrując się w siebie, to tuląc wzajemnie.

– Tak się cieszę, że wróciliście. Starałem się jak umiałem, zwierzęta napojone i nakarmione, prądu nie było, więc zapaliłem świecę, ciasto całe zjadłem, a potem przyjechał Mikołaj… – mówił z prędkością wiatru Hans.

– Tak, synu, wiemy, pięknie się spisałeś. – pochwalił go tato. – Nawet drew naniósł i płomień w piecu podtrzymał. – opowiedział żonie z uznaniem, tarmosząc czuprynę syna. –  Zuch chłopak z ciebie. Ale jaki Mikołaj… śladów żadnych przed domem nie ma…

– Grecia zdrowa będzie. – Matka odpowiedziała na pytanie Hansa. – Tylko lekarza w sąsiedniej wiosce nie było, lecz w kolejnej, a samochód po drodze… – przerwała patrząc z uśmiechem na męża – no, wiesz, Snorek swoje lata ma i chyba musimy pomyśleć o nowym aucie… ale tata jak zawsze wybrnął z opresji, nie na darmo w nim polska krew płynie, jak to często podkreśla… – roześmiała się i dodała po chwili – dlatego to tyle trwało, dlatego tak długo nas nie było… – i przytuliła syna, tłumacząc się i w milczeniu zawieszając pytanie, które ją drążyło przez cały czas nieobecności w domu.

– Mamo… – Hans odsunął się od niej odrobinę, objął jednak jej dłonie swoimi chłopięcymi. – Wszystko było… dobrze. Nim przyszła zamieć zwierzęta dotrzymywały mi towarzystwa, a nim się spostrzegłem, przyjechał Mikołaj i był ze mną cały wieczór i noc. To on podkładał do pieca… – powiedział chłopiec, patrząc na przemian to na twarz ojca, to matki. Rodzice spojrzeli na siebie i wybuchli pełnym radości śmiechem.

– Jak to dobrze, że istnieje święty Mikołaj, prawda – powiedział ojciec pogodnie, puszczając oko do żony ponad głową Hansa. – On przecież najlepiej wie jakiego prezentu każdemu dziecku potrzeba.

Ta intymna, czuła chwila trwała jeszcze długo w zatopionej w śniegu na dalekiej Północy chacie. Później wszyscy rozeszli się do swoich zadań – mężczyźni do oporządzenia zwierząt, zaparkowania dodgea w starym warsztacie ojca, naniesienia nowej porcji wyschniętego drewna do pieca, a żona i mama do przygotowania świątecznej kolacji i włożenia pod choinkę wyczekanych prezentów dla dzieci. Zauważyła niewielkie zawiniątko w papier kuchenny i wstążkę z choinki ubrane, ale sądziła, iż to być może Hans wystrugał siostrze jakąś niespodziankę. Dopiero po wieczerzy, gdy wszyscy radośni, objedzeni i przytuleni, zasieli wokół migoczącego drzewka i odpakowywali kolejne podarki, okazało się, że zawiniątko nie ukrywa drewnianej zabawki, lecz piękną metalową puszkę ze słońcem z jednej i księżycem z drugiej strony i z … polską pięciozłotówką w środku. Rodzice patrzyli to na siebie, to na syna, to na niezwykły dar, a nie znajdując wytłumaczenia zjawiska, uznali, że je za jeszcze jeden z cudów podarowanych im do rodzinnej kolekcji w to Boże Narodzenie. Hans z lubością rozłożył na stole najgrubszy dziadkowy klaser i umieścił w nim monetę, która w złotem i srebrem połyskując, jakby puszczała do niego oko.

 

Gdy dzieci dawno spały, a rodzice zasiedli pierwszego tego roku grzanego wina z przyprawami, żona opowiedziała mężowi jeszcze o jednym, małym odkryciu. Ktoś w ich domu pił korzennego Earl Greya w kubku z mikołajem, który zostawił na okiennym parapecie w salonie.

– Są cuda na świecie – zaśmiał się mąż do ukochanej, myśląc o tym, że patrzy na największy z nich.

 

 

***

 

 

A Panna Zima rozlubiła się tak bardzo w swoim słodkim, mroźnym odpoczynku, że postanowiła długo się jeszcze nie budzić. I co jakiś czas tylko stacje meteorologiczne donosiły o nowych opadach śniegu w Finlandii.

 

 

  • Janusz
    Grudzień 29, 2019

    Wielka kultura słowa, śliczne, nastrojowe opowiadanie ze wzruszającym zakończeniem. Niepozorne kaczęcie z „pingwiniej” etiudy przeobraziło się w pięknego łabędzia…
    Mój Andersen-statuetka z blatu biurka składa uniżone pokłony 🙂

    • Olga Bartnik
      Grudzień 29, 2019

      Pięknie dziękuję Panie Januszu, oniemiałam i kłaniam się najładniej jak umiem. Olga

  • Katarzyna Katisha Winters
    Grudzień 30, 2019

    Czekałam na tę opowieść. Dziękuję Ci za piękną ucztę intelektualną i wzruszenie, jakiego doznałam podczas lektury.

    • Olga Bartnik
      Grudzień 30, 2019

      Katarzyna, ja dziękuję za podzielenie się Twoimi refleksjami po przeczytaniu. Ściskam serdecznie, Olga

  • Janusz
    Grudzień 30, 2019

    Olgo, poprzednicy napisali w zasadzie wszystko. Dodam tylko tyle: jestem pełen podziwu dla Twojej wyobraźni, lekkości języka i przeogromnego ciepła, które bije z Twoich tekstów. Chciałbym tak umieć. Przy okazji: wszystkiego najlepszego w nowym roku!!

    • Olga Bartnik
      Grudzień 30, 2019

      Pięknie dziękuję Januszu, bardzo mnie wessała ta opowieść, od małej pięciozłotówki, jak wiesz, trochę urosła. Dziękuję za życzenia i ślę wzajemne „tego, co najlepsze” :), a z tego co wiem, pisarsko będzie się u Ciebie działo w nowym roku. Już nie mogę się doczekać! Pozdrawiam ciepło, Olga

  • Anna Judge
    Grudzień 31, 2019

    Olu, Oleńko…cudna uczta duchowa. Pokazałaś , jak piękna może być zima, jak wzruszająco i czule jest jeszcze w niektórych domach i jak magia świąt obejmuje tych, którzy wierzą)))
    Dziękuję Ci za te chwile wzruszenia.

    • Olga Bartnik
      Grudzień 31, 2019

      Ja dziękuję za Twój komentarz Aniu. Bardzo. Do siego roku! uściski, Olga

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *