Spotkanie w parku | Miniatura

Jak co rano, Zofia obudziła się za pięć minut siódma, tuż przed dzwonkiem budzika. Słońce wpadało przez okno złocistymi promieniami i rozświetlało sypialnię. Aż chce się żyć – pomyślała i raźnym ruchem odrzuciła połę kołdry. Po szybkiej toalecie, której najdłuższą część stanowiło układanie jasnych pasm w misternego boba tuż za ucho, ubrała się w ulubiony zestaw, wzięła torebkę i wyszła z domu. Pozdrowiła sąsiadkę panią Janeczkę spod czwórki, która już wracała z porannymi zakupami i skierowała kroki w stronę parku.

 

Zaszła do małej rodzinnej piekarni, wzięła chałkę i dwie bułki pełnoziarniste z dynią i już za chwilę mijała pierwszy skwer. Uszła jeszcze kilkadziesiąt metrów, przysiadła na jednej z ławek usadowionych w cieniu starego dębu i patrzyła. Lubiła obserwować – drzewa, krzewy, trawę, ptaki, czworonogi ciągnące za sobą właścicieli. I słuchać ciszy. Tak rano słychać ją najwyraźniej. Wsącza się przez uszy i osiada w całym ciele i wystarcza później na dłużej, czasem aż do wieczora. Wyjęła bułkę, a garść gołębi i wróbli natychmiast pojawiła się u jej stóp. Jadła, rzucając co raz kęs ptasim przyjaciołom. Tak, jak co dzień. Ciekawe, kogo dziś spotkam? – pomyślała. Zobaczyła ją już z daleka.

Chodnikiem szła żwawo, prawie biegła, młoda kobieta. Sukienka w ponadczasowy żeglarski wzór, skórzane białe buty i dopasowana torebka na ramię. Ciemne włosy sięgające ramion, które prostowała każdego ranka, spadały jej teraz na twarz powywijanymi pasmami, każde w swoją stronę. Głowę miała spuszczoną i próbowała wygrzebać coś z eleganckiej torebki. Szybkim krokiem spłoszyła ptaki, które naraz zerwały się do lotu i ją samą przestraszyły. Z ręki wypadł jej telefon i uderzył kantem o płytę chodnika. Kobieta przykucnęła, podniosła go i obejrzała. Poderwała wzrok i Zofia dopiero zobaczyła jej zapłakane oczy. Kobieta wstała i nagle zaniosła się szlochem. Ktoś ma trudny poranek. – pomyślała Zofia. Podeszła do kobiety, otwartym gestem ramienia zaprosiła ją do spoczęcia na ławce, a sama przysiadła na sąsiedniej.

– Dziękuję – wychlipała kobieta. Wierzchem dłoni otarła rumiane policzki i głęboko westchnęła. – Ewa … Ewa Brylska jestem. – powiedziała mocniejszym już głosem.
– Zofia Kozielska – przedstawiła się Zofia. – Proszę posiedzieć i dać sobie chwilę. Nic pani nie ucieknie. – Rzuciła i odwróciła głowę w stronę ptaków, które znów zaczęły obsiadać chodnik wokół ławki. Trwały tak obie dłuższy moment.
– Ma pani rację. – Przerwała milczenie Ewa. – Nic dziś mi już nie ucieknie. Właśnie straciłam pracę, uciekł mi autobus i jeszcze ten telefon. Próbowałam zadzwonić do koleżanki, ale ona nie odbiera i … – przerwała kolejnym spazmem płaczu.
Zofia siedziała i w milczeniu patrzyła na rozmówczynię. Nie przerywała, nie próbowała zagłuszyć, ani uciszyć jej żalu.
– Proszę się wypłakać, dobrze pani trafiła, bo drzewa niejedno widziały i potrafią słuchać. – Powiedziała łagodnie, gdy płacz Ewy przeszedł ze spazmów do miarowego pochlipywania.
– Dziękuję – powtórzyła rozmówczyni. Spojrzała na starszą, elegancką kobietę i spotkała dwoje żywych modrych oczu. Ukryła okrągłą zaróżowioną twarz w dłoniach, wzięła kilka głębokich oddechów. – Uff, ale ze mnie beksa, przepraszam…
– Płacz jest potrzebny, pozwala wyrzucić z siebie trudne emocje. Proszę sobie na niego pozwolić. – Zniżyła głos Zofia, mówiąc jakby do siebie, uważnie jednak patrząc na Ewę. – I co, jak teraz? Troszkę lepiej?
– Tak. Troszkę. – Odpowiedziała Ewa, marszcząc czoło. – Wie pani, nie wiem co teraz zrobić, bo to było kompletne zaskoczenie. Weszłam dziś jak co dzień do pracy, sekretariatu kancelarii notarialnej „Łączyński i Wspólnicy” i zastałam swoje rzeczy dokładnie spakowane w dwa kartonowe pudełka z pokrywkami, podpisane „Ewa Brylska”. Stałam tam nie wiem jak długo, wpatrując się w te litery, które rozciągały się i kurczyły na zmianę w moich oczach. Pracowałam tam szesnaście lat, od drugiego roku studiów, jak zaczęłam pracę wakacyjną. Najlepsze lata mojego życia zawodowego tam spędziłam. Po studiach w ogóle nie szukałam innej pracy, chociaż przecież skończyłam prawo z szóstą notą na roku. Wie pani – Przerwała nagle monolog, na jej rzęsach znów zabłyszczały szklane krople. Zamrugała i spojrzała w oczy Zofii. – gdy mówili mi, że nie mogłabym dostać lepszej posady, to ja naprawdę im wierzyłam i byłam szczęśliwa, że mogę tam pracować. – Ostatnie słowa wypowiadała coraz wolniej, tak, jakby ich sens powoli docierał do niej samej. Tak, jakby sama przed sobą odsłaniała kurtynę, którą były zasłonięte jej oczy. – Cholera jasna… – Wydała z siebie urwany krzyk i zasłoniła usta ręką.
Zofia uśmiechnęła się, lekko pochyliła głowę w kierunku rozmówczyni i spytała – A co się dziś wydarzyło, pani Ewo?
– Aha, no tak, nie skończyłam przecież … Przy moim biurku siedziała długonoga studentka, która hybrydy przedkłada nad znajomość kodeksów – Urwała nagle, załamała ręce, zrobiła minę licealistki speszonej swoją surową oceną człowieka, wypowiedzianą za jego plecami i dodała – Och, wie pani pewnie co mam na myśli. – Uśmiechnęła się nieśmiało i zakładając za kolano splecione w koszyk dłonie, ciągnęła dalej. – No więc pani Patrycja, bo tak ma na imię ta studentka, oznajmiła mi, iż siedzi przy swoim biurku, a ja jestem wezwana do żony szefa, to nasza kadrowa – znów wtrąciła, skinąwszy głową na potwierdzenie tego faktu – która przekaże mi pozostałe informacje. – Zawiesiła głos, by odetchnąć.
– Ojej – wtrąciła Zofia – i co szefowa na to? – spytała Zofia zaciekawiona.
– Szefowej nie było. Halina z płac powiedziała, że szefowa jest chora i z grobową miną wręczyła mi wypowiedzenie. Dodała, że mogę wrócić po rzeczy innego dnia, odprowadziła do windy i życzyła mi powodzenia. Wszystko działo się tak szybko… – wyrzuciła na jednym tchu Ewa. – Czy to ja jestem dziwna, czy tak się nie traktuje ludzi? Jak pani myśli?
– Pani Ewo, jeśli bycie normalnym człowiekiem jest dziwne, to tak, jest pani dziwna. – powiedziała, a po chwili namysłu dodała – I ja też jestem dziwna i lubię to w sobie. – Roześmiała się odchylając głowę lekko do tyłu, a słomkowe kosmyki zatańczyły nad jej czołem.
Ewa patrzyła na nią z otwartymi ustami – Co za kobieta – pomyślała, pełna uroku i ciepła. Kąciki jej ust same powędrowały do góry.
– Pani Ewo, czy mogę o coś spytać? – Zofia zaczęła sama ciągnąć temat – A co pani dokładnie robiła w tej kancelarii?
– Ja – Ewa nabrała głęboko powietrza – prowadziłam sprawy podatkowe części klientów.
– Jak to, prowadziła pani, sama? – spytała się Zofia i z uwagą pochyliła głowę w stronę rozmówczyni.
– No, tak, to kilkanaście firm, od których przyjmowałam dokumenty, naliczałam należne podatki, nadzorowałam księgowanie dokumentacji podatkowej, składałam zeznania, kontaktowałam się z urzędami. Część z nich po rosyjsku i angielsku, bo u nas, w Elblągu, wiele firm ma zagranicznych kontrahentów.
– Pani Ewo – przerwała jej z rozszerzonymi oczami Zofia – z tego, co pani mówi, rozumiem, że była pani firmą w firmie.
– No… tak jakby – Podsumowała Ewa, której myśli z wolna zaczęły nadążać za pytaniami Zofii – Właściwie tak. – Zawiesiła głos, zmrużyła oczy, a po chwili wyparowała jak maszyna – a przecież teraz nie trzeba mieć żadnych specjalnych uprawnień, by prowadzić własne biuro księgowe, naprawdę – spojrzała na Zofię oniemiała własną śmiałością – wystarczy mieć ukończone studia, a wiedzy i praktyki to ja mam przecież pod dostatkiem. Mam, prawda? – spytała starszą kobietę, która swoim zwyczajem z patrzyła na rozmówcę z lekko przechyloną głową.
– Pani Ewo, to pani wie to przecież najlepiej.
– Ależ właśnie nie wiem, to znaczy, nie wiedziałam. – Wykrzyknęła Ewa żywo gestykulując, a czarno-białe paski na jej sukience zatańczyły. Zapadła znów w swoje myśli i po chwili spojrzała na Zofię. – Jeszcze godzinę temu myślałam, że spotkała mnie najgorsza tragedia na świecie. A teraz…– Przerwała, założyła nogę na nogę i objęła kolano dłońmi. – teraz myślę, że przyszedł czas na zmiany. Jak pani to zrobiła, Zofio?
– To nie ja – Starsza pani uśmiechnęła się do Ewy tak, jak do córki, która mieszkała daleko stąd. – To te drzewa. Mówiłam pani, one umieją słuchać.

Ewa roześmiała się głębokim, gardłowym głosem. Widać było, że napięcie powoli z niej schodzi i kobieta wraca do siebie. Jej mózg pracował w zawrotnym tempie, uruchamiając miliony połączeń neuronowych. Zofia nie przestawała się uśmiechać. To patrzyła na młodą rozmówczynię, to zatapiała wzrok w soczystej zieleni traw i liści. Zerknęła na zegarek, który był pamiątką od córki.
– Pani Ewo, na mnie już czas, a pani niech tu sobie jeszcze troszkę posiedzi wśród drzew. – zwróciła się do kobiety. Wstała, podeszła i objęła Ewę za ramię, ściskając je lekko. Ewa zaczęła się podnosić i dwie wielkie łzy popłynęły jej po policzku. – Nic, nic, proszę siedzieć i pooddychać sobie. Ten dzień jest już tylko dla pani. – dodała i zrobiła krok w tył. Podniosła jeszcze rękę, by pozdrowić ją na pożegnanie, odwróciła się i zaczęła oddalać lekkim krokiem. Idąc, uśmiechała się sama do siebie. Odnalazła na palcu serdecznym lewej ręki srebrny pierścionek, z jedenastoma wygłaskanymi, ledwie już wyczuwalnymi punktami i zaczęła swój codzienny rytuał wdzięczności.

 

 

 

Tu zajrzyj do kolejnych miniatur: Marzenie o zapachu arbuza i Toast.

 

Wszystkie prawa zastrzeżone.

2 Odpowiedzi
  • irena omegard
    Listopad 16, 2019

    Przeczytałam z przyjemnością opowiadanie,tak realistyczne, jakbym sama siedziała obok obu pań. Podobno drzewa słuchają, potrafią leczyć nasze dusze i nie tylko… Kto z nas docenia?

    • Olga Bartnik
      Listopad 16, 2019

      Irena, bardzo Ci dziękuję za przeczytanie i komentarz. Drzewa mają dusze, inne od naszych, osadzone, ukorzenione, szukające źródeł swego istnienia korzeniami – głębi i wody z jednej strony i dłońmi – gałęziami słońca, z drugiej. Są wspaniale uczciwe w swej naturze, strukturze, celowości istnienia i pięknie. Czytanie z natury, kocham 🙂 Uścisk, Olga

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *