Kotka na gorącym, blaszanym dachu | Recenzja

Spędziłam dziś godzinę czterdzieści osiem minut z kotką i jej przyjaciółmi. „Kotka na gorącym, blaszanym dachu” to hollywoodzka produkcja MGM i Richarda Brooksa z Elizabeth Taylor i Paulem Newmanem z 1958r. O rodzinie i niełatwych relacjach. O kobiecie, która pomimo obojętności męża żyje nadzieją każdego dnia. Trzyma się rzeczywistości pazurkami, jak tytułowa kotka na gorącym, blaszanym dachu. Czemu? Dlaczego nie odejdzie? Ma wszystko by przerwać, i zbudować siebie, i życie od nowa.

 

Bo kocha. Nie spadkobiercę fortuny znad Missisipi. Nie byłego futbolistę. Nie byłego sprawozdawcę sportowego. Nie pijaka. Kocha Mężczyznę, jego twarz, ciało i duszę. Kogoś, kogo kiedyś zazdrośnie chroniła przed jego najlepszym przyjacielem. Mężczyznę, o którego walczy z nim samym, z jego słabością, kruchością, obrzydzeniem wobec życia w zakłamaniu. 

Z jego obojętnością. Walczy i wygrywa.

 

moim zdaniem

 

Wspaniałe dialogi, aż zdumienie mnie ogarnęło, że kraina nicości takie pytania stawiała widzowi. O znaczeniu życia, miłości, samotności, pracy ciężkiej jak wół. O posiadaniu rzeczy, ludzi, swojego własnego ja. O patrzeniu w oczy tym, którzy są obok, stoją wiernie i wspierają nas, gdy wstajemy każdego dnia i kładziemy się na poduszce obok nich nocą. Kino proste, osobiste, obyczajowe. Obraz jednej amerykańskiej rodziny. Dotyka problemów, z którymi stykały się w tamtym czasie bogacące się elity ekonomiczne USA. Egzaltowane. Kłuje prosto w serce, mówiąc, że nie ma zwycięstwa bez ceny, bogactwa bez poświęcenia i miłości bez bliskości.

Sceneria bogatej posiadłości ludzi, którzy do niej nie pasują. Jedni, bo pamiętają biedę i poniżenie społeczne z nią związane, drudzy, bo wychowali się już w dobrobycie i nie umieją bez niego żyć. Jeszcze inni, bo uczynili ze swojego życia przedmiot handlu o status. Wszyscy, bo poświęcili ciało i duszę dla mieć, zamiast być.

I jest to, w jakimś aspekcie, nowa wersja biblijnej przypowieści o Ojcu miłosiernym, synu uczciwym i synu marnotrawnym. Zaciekawia nas od razu najsłabsze ogniwo układu, które początkowo uwiera, z czasem rozwala go w proch. Ogniwo, które zanurza się w swojej słabości i zaczyna już niemal w niej tonąć. Syn marnotrawny. On jest prowokacją dla seniora rodu do tego, by postawić pytania i uzyskać odpowiedzi. Pytania są mocne, brutalne, męskie. Huczą grzmotem piorunów i strugami deszczu, bębniącymim w blaszany dach w letnią noc. Odpowiedzi zaskakują wszystkich.

Wiemy, że Hollywood to bańka mydlana. Wiemy, że nastąpi happy end. A jednak emocje przeżywane przez bohaterów są prawdziwe i stają się gdzieś po drodze naszymi.

Obraz przedstawia Amerykę jako kraj dwóch światów. Tu walczą ze sobą tradycyjny, płodny, prący czasem bezrefleksyjne do przodu świat bohatera nakazu moralnego i świat bohatera, który neguje i pragnie porzucić cały ten porządek. Nie dlatego, że nie jest mu bliski, wyrósł w nim przecież. Dlatego, że on sam sobie nie czuje się w tym świecie bliski.

To był 1958 rok. I już wtedy to wiedziano. Prawdopodobnie od dawna, a kino było już tylko echem rozkładającego się systemu.

Bardzo Wam polecam film, wspaniałe kreacje aktorskie i tę myśl, że to czego dziś sami doświadczamy jako koniec naszego świata, ktoś już przed nami przeżył.

Napisz pierwszy komentarz.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *