Drill – relacja | Korale z fiordów

 

Dziś odczułam, że cykliczność jest jak sztafeta życia. Jest biegiem, który podejmujemy by niejeden raz powrócić do punktu wyjścia, obejrzeć się za siebie i zobaczyć drogę, którą przebyliśmy. Daje człowiekowi smak ciągłości i wzrostu. Trzeci już raz przeżyliśmy rodzinny dwudniowy maraton drillowy.  Szczęśliwi podsumowujemy naszą przygodę.

 

 

 

 

Drill – a co to takiego?

 

 

 

– zapytasz. Po polsku to mażoretki – słowo zapożyczone z jęz. francuskiego  majorette oznacza mniej więcej majorki. Tak mówimy o dzieciach i nastolatkach, tradycyjnie są to dziewczęta, ubranych w paradne stroje, mogące zawierać elementy umundurowania galowego różnych służb i formacji. 

Drill pojawił się w Norwegii jako konkurencja sportowa w latach 50-tych XX wieku. Pierwszy zespół założony w Oslo nazywał się Bjølsen Ungdomskorps.  Od 1959 r. drill jest istotnym elementem oprawy muzyczno-artystycznej w pochodach z okazji  17. maja – święta narodowego Norwegów. Znajdziemy w Norwegii drill w dwóch odmianach – sportowej /nor. sportsdrill/ i amatorskiej /nor. korpsdrill/. 

Od międzynarodowych mistrzostw sportowych we Włoszech w 2005 r. Norwegia co roku wysyła swoją drużynę na mistrzostwa Europy lub świata w tej konkurencji. 

Druga odmiana – drill amatorski /nor. korpsdrill/ znany pod potoczną nazwą twirling, jest częścią zespołów muzycznych, które działają lokalnie w gminach i należą do Norweskiego Stowarzyszenia Zespołów Muzycznych / nor. Norges Musikkorps Forbund – NMF/. Aby startować w konkursach ogólnokrajowych i międzynarodowych uczestnik musi być członkiem stowarzyszenia. Obecnie stowarzyszenie liczy około 4000 członków z tendencją wzrostową. Chociaż jest to dyscyplina zdominowana przez dziewczęta, zdarzają się także drillujący chłopcy. 

Korpsdrill-Norge jest również członkiem międzynarodowej federacji drillu NBTA, która organizuje konkursy międzynarodowe. 

I tu plasuje się stowarzyszenie Bremnes Drill, którego członkiniami i uczestniczkami w konkursach są nasze dwie córki – Marysia i Tereska. 

 

 

 

 

Drill to mój taniec

 

 

 

Dziewczynki czują się doskonale w norweskiej kulturze bliskiego kontaktu z naturą, które ilustruje powtarzane jak mantra motto: Ut på tur, aldri sur /w wolnym tłumaczeniu: w kontakcie z naturą, nigdy nie będziesz kwaśny, niezadowolony/, czy Sol ute – sol inne /słońce na zewnątrz – słońce wewnątrz/. Świetnie odnajdują się w drillu, który przekładając na polskie realia można opisać jako taniec lub gimnastykę artystyczną w formie układów rytmiczno-marszowych z wykorzystaniem pałki. Dzieci zaczynają przygodę jako początkujący /nor. aspiranter/, by po kilku latach praktyki i udziału w zawodach wybrać swoją własną drogę – solo, duet lub drill zespołowy. 

W Norwegii to sport rodzinny, angażujący nie tylko dzieci, ale i członków ich rodzin. To rodzice, głównie matki, prowadzą lokalne stowarzyszenia, pozyskują środki, organizują treningi i organizują zawody. Na drilladę, czyli dwudniowy maraton zespołów z całego kraju przyjeżdżają wraz z uczestnikami ich rodziny. 

Jest to sport piękny, dynamiczny, angażujący całe ciało, wymagający koncentracji umysłu, bardzo dobrej koordynacji ruchowej /rytmiki/ oraz siły. Mocne nogi, proste plecy, silne ramiona, nadgarstki i palce dłoni naoliwione – tak bym określiła fizyczne cechy drillujących. 

Drill to piękno ludzkiego ciała w działaniu. Piękno jednak nie zdefiniowane według utartych schematów – szczupłe, zwinne dziewczęta ćwiczące jak maszyny. Znajdziesz w zespołach /nor. drilllag/ wszystkie typy urody, budowy ciała, bez kompleksów i wykluczeń. Bez sztucznych podziałów i kategoryzowania piękna. Bez traumy dla tych, którzy nie pasują, bo nie są w stanie przeskoczyć zbyt wysoko postawionej poprzeczki.

 

 

 

Drill jako nauka

 

 

 

Drill łączy elementy tańca, marszu i gimnastyki artystycznej z rekwizytem zwanym drillpałką. Jak każda dziedzina sportu lekkiego wyrabia zwinność, koordynację rytmiczno-ruchową, poprawia kondycję. Sprawia, że człowiek czuje swoje ciało i czuje się sobą w swoim ciele, poznaje jego mocne strony i ograniczenia. Uczy się przekraczać siebie. Mało tego, młody człowiek uczy się rzeczy arcyważnej – poddaje się – w takim samym stopniu swoje ciało, jak i umysł – procesowi uczenia i dyscyplinie. I dzieje się to niemal bezwiednie, ponieważ sam tego chce. Dzieje się to w długim procesie przyswajania, powtarzania, koordynacji, doskonalenia umiejętności. 

Po co o tym piszę? Bo to jest fundamentalne. Zrozumienie, że nauka to proces. Że nie ma wzlotów bez upadków, a osiągnięć bez włożonej pracy, satysfakcji i nagród bez wysiłku i potu. 

Nie ma sukcesu bez ludzi, którzy pociągną swoją pasją i cię metodycznie, cierpliwie nauczą. Uwierzą w Ciebie nawet wtedy, gdy Ty sam nie wierzysz i będą trzymać za rękę wtedy, gdy ci się nie powiedzie i wtedy, gdy zwyciężysz.

 

Czego uczy to moje dzieci? Uczą się siebie i innych. Uczą się komunikować, współpracować, brać odpowiedzialność za siebie, za ten moment pracy własnej. Uczą się piękna bycia zaangażowanym, nieperfekcyjnie obecnym. Uczą się przyjęcia siebie i innego człowieka dokładnie takim, jakim jest.

Bardzo mnie poruszają moje dziewczynki i te chwile, bo są nasze, wspólne. Bo mogę zobaczyć w czyje ręce je powierzam i jak to buduje w nich nowe przestrzenie. I wzruszam się zwyczajnie tą małą dziewczynką we mnie, która dobrze pamięta jeszcze radość, lęk i przekraczanie siebie w tańcu. I tę niezapomnianą satysfakcję, gdy udało się zatańczyć dobrze i pięknie.

 

Dziś były łzy wzruszenia Tereski po zajęciu wraz z zespołem pierwszego miejsca w ich konkurencji. Były też wielkie oczy Marysi i opowieść o tym, że ze stresu nie mogła przestać się uśmiechać:) Było cierpliwe czekanie na wyniki, medale, szklana statuetka, uściski przyjaźni, zdjęcia. I pamięć o tym, że za tymi chwilami stoją godziny, tygodnie i miesiące ćwiczeń. 

Antonina dumna ze starszych sióstr podjęła decyzję, że zaczyna drillować od przyszłego roku i zatrzęś się podłogo, bo ona nadchodzi. I były loczki Julii, śpiące tuż obok taty na kanapie w czasie oczekiwania i skaczące na parkiecie w takt marszu.  I nasze spojrzenia ponad głowami dzieci szukające jeszcze innego wymiaru tego wyzwania. Tam w Sveio na zachodzie Norwegii uczyliśmy się być razem.

 

Radosnego tygodnia Wam życzę… z tańcem w czubkach palców…

Olga

 

 

Foto i wideorelację z drillady Vinterpokalen 2020 znajdziesz na mojej Facebokowej stronie.

  • Biorę dla siebie słowa: „słońce na zewnątrz – słońce wewnątrz”. Uściski, Olgo 🙂

    • Olga Bartnik
      Luty 10, 2020

      Dzięki Kasiu kochana, to naprawdę piękne motto, ściskam Cię 😃 Olga

  • Janusz N
    Luty 10, 2020

    To wspaniałe, że wciąż na świecie są takie miejsca, gdzie całymi rodzinami ludzie wciąż potrafią się zbiorowo i, przede wszystkim, mądrze bawić. To piękne, że od małego ich dzieci w kontakcie z naturą angażują całe swe młodziutkie ciała i serca w pokornym akcie zmagania się z własnymi słabościami (czasem ułomnościami, czasem zwątpieniami). To krzepiące na duszy, że ich rodzice nie tylko z obowiązków dokładają starań – sponsorując, organizując, pomagając – ale i sami nie poskramiając emocji, współuczestniczą w święcie… Wiesz co, Olgo? Skoro są takie miejsca i takie dni, w których ludzie wciąż chcą uczyć się bycia razem, to może to ostateczny dowód, że ten współczesny cywilizowany nierzadko zbrukany przez człowieka świat nie jest tak całkiem wart potępienia?

    • Olga Bartnik
      Luty 10, 2020

      Jakie piękne myśli Januszu, dziękuję Ci za nie. Przywołujesz do rzeczy najistotniejszych. Tak, niesamowite jest to, że ludziom się chce być razem. To pamiętam z dzieciństwa i te momenty łapiemy w nasze żagle. A świat, jak to świat, w każdym czasie szedł, idzie i będzie szedł na zatracenie. Tylko zadziwienie mnie ogarnia jak pomyślę, że pomimo to trwa i daje nam się stawać. Pozdrawiam serdecznie. Olga

  • Anna Stranc
    Luty 10, 2020

    Ciekawy sposób spędzania czasu dla całej rodziny. Podziwiam Twoje córki, że chcą i potrafią.

    • Olga Bartnik
      Luty 10, 2020

      Dzięki Anna:) oj, chce im się, chce, a my jak to rodzice w wiecznym wyścigu z ich młodzieńczym zapałem. Pisałam tę relację wczoraj do 2 w nocy, bo pomyślałam, że inaczej mi umknie, rozpłynie się w wirze codziennych zajęć. A one może za lat kilka odkryją takie miejsce, gdzie ich matka o nich napisała… Uściski, dobrze, że jesteś. Olga

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *